|
|
![]() |
Wydawnictwo AdPublik |
|
Polgej: Elementarz BiedroniaNa portalu polgej.pl ukazała sie kolejna recenzja książki Roberta Biedronia. Elementarz Biedronia Napisał Sergiusz Wróblewski czwartek, 22 listopad 2007 Robert Biedroń, szef KPH, napisał książkę. Właściwie nie mógł nie napisać, bo przecież wszyscy dookoła już coś wydali. Dla mnie ta wieść była, jak mawiał klasyk, oczywistą oczywistością, choć sama książka już taką oczywistością nie jest Osoby, które uważnie śledziły życie i twórczość szefa Kampanii, musiały zauważyć, że drzemie w nim spore zacięcie publicystyczne. Artykuły w „Polityce", „Gazecie Wyborczej", „Rzeczpospolitej" są najjaskrawszym tego przykładem. Robert doskonale wie, co napisać, jak napisać i gdzie napisać, a lata spędzone w agencji reklamowej nie poszły na marne, bo Robert wie także, jak swoją pracę zareklamować i sprzedać. W ostatnich tygodniach szef KPH odbył po Polsce prawdziwe tournée, podczas którego prezentował swoje pachnące jeszcze farbą drukarską dzieło. Pisało o tym wiele gejowskich portali, a ja sam miałem zaszczyt uczestniczyć w jednym z paneli dyskusyjnych na temat książki, a konkretnie w tym, który odbył się 11 listopada w Poznaniu. Dzięki temu Robert przybliżył mi nieco ideę swojej pracy, z czego bardzo się cieszę. Dodatkowo muszę dodać, że część dochodów ze sprzedaży książki autor przeznaczył na tegoroczny Marsz Równości w Poznaniu i praktycznie nic na swojej wizycie w grodzie Przemysła nie zarobił... To piękny gest ze strony szefa KPH, za który mu serdecznie dziękuję, choć można to także uznać za pewną rekompensatę moralną, gdyż KPH w dniu Marszu zorganizowała warsztaty w Warszawie, zapominając o poznańskim wydarzeniu, które przecież odbywa się rokrocznie w tym samym czasie. Wróćmy jednak do gestu Roberta. Czy ktoś inny oprócz zaangażowanego działacza gejowskiego mógłby zdobyć się na podobny? Wątpię, choć nie wykluczam i zachęcam. Ale z drugiej strony: czy taki zaangażowany działacz gejowski powinien brać się za pisanie „elementarza"? Jestem przekonany, że wielu działaczy na świecie podjęło podobne wyzwanie i wydało wiele dobrych książek. Sam spotkałem się z takimi pozycjami, zatytułowanymi np. „Jak być szczęśliwym homoseksualistą?". Niewielu odważyło się jednak nazwać swoją książkę elementarzem i proponować jej wprowadzenie do szkół. Robert Biedroń twierdzi, że książka jest lekiem na polską homofobię, ale czy o lekach powinni pisać pacjenci (by pozostać przy terminologii medycznej)? Ich relacje są oczywiście bardzo cenne i stają się często bazą medycznych opracowań, w końcu wywiady w szpitalach nie są rzadkością, ale czy to pacjenci piszą podręczniki dla studentów medycyny? Jeśli ktoś ma wątpliwości, pozwolę sobie wyrazić opinię, że „Tęczowy elementarz" może stać się istotną pomocą dla studentów pedagogiki i psychologii i, być może, wpłynie na ostateczny kształt ich przekonań o homoseksualizmie, i już z tego tylko powodu należy tej pozycji przyklasnąć, choć (a może dlatego, że) opinie autora są silnie subiektywne. To rzecz nie do przecenienia, ponieważ to oni, obecni studenci, będą mieli z kolei wpływ na kolejne pokolenia Polaków. Pod tym względem Robert Biedroń wykazuje mądrość Romana Giertycha (wybaczcie porównanie) i rozpoczyna bój o polską edukację. Robert nazwał swoją książkę „elementarzem", ale czy aby na pewno utrzymał się w tej konwencji? Nie! I nie należy mieć mu tego za złe, bo przecież działacz gejowski musi mieć własne spojrzenie na poruszaną problematykę. Książka nie jest więc li tylko elementarzem, czyli pozycją zawierającą bezdyskusyjne podstawy wiedzy na pewien temat. Tymczasem książka szefa KPH w wielu miejscach jest po prostu poradnikiem. Znany aktywista radzi np. rodzicom, jak mają reagować na zdziwienie dziecka, które zobaczyło na ulicy parę trzymających się za rękę panów. Jeśli więc elementarz - to wszechstronny, który zdaniem autora powinien służyć gejom i lesbijkom, ich rodzinom, a nawet małżeństwom hetero. Target odbiorców został więc zakrojony imponująco. Nie wiem, czy to dobry zabieg, choć przypuszczam, że książka Roberta Biedronia sprzeda się bardzo dobrze, i tego mu szczerze życzę. Mówiąc jednak o tej cześci elementarza, która moim zdaniem jest poradnikiem, nie można nie zauważyć, że jest ona napisana z punktu widzenia radykalnego gejowskiego aktywisty (jak i cała reszta). Robert przekonuje, że zawsze i wszędzie powinno się dokonywać coming outu. Argumentuje to faktem, że ukrywanie swojej orientacji seksualnej wpływa destrukcyjnie na osobowość człowieka. Ma w tej argumentacji rację i przypuszczam, że jest to racja zgodna ze współczesną wiedzą psychologiczną. Ale zgodność z wiedzą naukową to jedno, a powiew (nawet wicher) gejowskiego aktywizmu to drugie, bo - zgodnie z wolą Roberta lub wbrew jego woli - książka zachęca do coming outu W KAŻDEJ SYTUACJI. To, rzecz jasna, typowe podejście gejowskiego aktywisty, ale nie jest ono zgodne z moją praktyką wynikającą z licznych kontaktów np. z ludźmi wyrzuconymi z domów rodzinnych. Robert sugeruje, że należy się ujawnić jak najszybciej, a ostatecznie powinno to nastąpić po uzyskaniu samodzielności ekonomicznej. Tymczasem ja zawsze radziłem swoim rozmówcom, aby nie ujawniali swojej orientacji aż do chwili, kiedy będzie to absolutnie niezbędne. Trudno walczyć z rodzicami, którzy nas utrzymują, z kolegami, którzy nie znoszą „pedałów", i pracodawcą, który może nas zwolnić. Tę walkę można podjąć, ale nie wolno nam wymagać tego od każdego. Oczywiście Robert asekuruje się pisząc, że każdy przypadek jest inny, indywidualny, ale gdzieś w głębi serca woła o coming outy i to wołanie jest słyszalne po otwarciu książki. Innym wołaniem jest wołanie o małżeństwa dla lesbijek i gejów. Robert nie rozbija tego tematu na kwestie związków partnerskich i małżeństw, choć szczegółowo uzasadnia, dlaczego opowiada się za tymi ostatnimi, poczynając od niesprawiedliwości społecznej. Jako gejowski dziennikarz i działacz na rzecz równości i wolności doskonale rozumiem, dlaczego Robert optuje za małżeństwami, a nie zatrzymuje się nad tzw. „partnerstwem homoseksualnym", ale gdybym nie był tym kim jestem, byłoby mi znacznie trudniej zrozumieć, „dlaczego oni chcą małżeństw". A przecież jeszcze kilka lat temu wszyscy działacze gejowscy (w tym autor książki) jak jeden mąż mówili, że nie chodzi o małżeństwa, ale o uregulowania prawne pozwalające parom gejów i lesbijek żyć tak samo godnie JAK małżeństwa, bo przecież tak naprawdę nie chodzi o nazwę ustawy, która będzie te kwestie regulowała. Według mnie, jeśli w poszczególnych ustawach rozwiązałoby się problemy ekonomiczno-spadkowe konkubinatów homo i hetero, to nie jest potrzebna żadna oddzielna ustawa o małżeństwach jednopłciowych. Paradoksalnie, Robert otwiera więc swoją determinacją drogę do kariery innym działaczom gejowskim, którzy stwierdzą, że Biedroń jest homoekstremistą. Oprócz tych kontrowersyjnych kwestii w książce znajdziemy też odpowiedzi na pytania: czy Bóg kocha gejów i lesbijki? jak wygląda seks gejowski lub lesbijski? co oni/one wtedy robią? Robert nie byłby też sobą, gdyby nie poruszył tematyki politycznej, zadając pytanie, która partia w Polsce jest progejowska i dlaczego właśnie lewica. Jak widać, ramy elementarza także tutaj zostały nieco poszerzone. Z drugiej jednak strony da się zauważyć pewne braki, szczególnie w dziale o gejowsko-lesbijskiej historii. Ja na miejscu Roberta znacznie rozbudowałbym ten fragment, bo myślę, że warto, a autorowi nie brakowało wiedzy na ten temat. Z racji swojego zaangażowania społecznego Robert najprawdopodobniej słusznie uznaje KPH za najsilniejszą organizację gejowsko-lesbijską w Polsce, a z pism wspomina tylko „AYORA" i „Replikę", tę ostatnią wydawaną siłami KPH. Moim zdaniem należało przynajmniej z przyzwoitości w jednym zdaniu wspomnieć o kilku pismach, które jednak przez lata ukazywały się na rynku wydawniczym, są owiane legendą, a ich tytuły nadal mówią ludziom więcej niż te wymienione przez autora. Wszystkie te uwagi nie przekreślają, rzecz jasna, znaczenia książki Biedronia oraz nie ujmują nic profesjonalnemu podejściu do jej promocji. To jest kompendium wiedzy o lesbijkach i gejach stworzone przez Roberta Biedronia, nieobiektywnego gejowskiego aktywistę, który mógł napisać tam wszystko co dusza zapragnie. Tylko po co nazywać to od razu elementarzem? Sergiusz Wróblewski www.polgej.pl Ostatnia aktualizacja: 22-11-2007 « wróć do poprzedniej strony Drukuj |
|
| © AdPublik 2005 - 2012 | Subskrybuj kanał RSS. |
|
|
|
|
Reklama: Szukasz udanego wypoczynku? Wybierz domki letniskowe we wsi Pluski na Mazurach. |
|